Program „500+” plus tysiąc dylematów

Z różnych wydziałów Urzędu Wojewódzkiego we Wrocławiu do Jeleniej Góry przesyłane są pytania o stopień przygotowania samorządu do realizacji ustawy określanej jako „500+”. Urzędnicy państwowi nie chcą zrozumieć samorządowych, że ci drudzy nie są w stanie w pełni przygotować się do realizacji ustawy, której właściwie jeszcze nie ma, a co ważniejsze – nie ma do niej przepisów wykonawczych. I nie wiadomo – kiedy będą. Nie odbyły się żadne szkolenia (za które będą odpowiedzialne władze wojewódzkie), których celem powinno być przygotowanie urzędników samorządowych do podejmowania prawidłowych decyzji o przyznaniu 500 zł, bo to samorządowi będą odpowiadać osobiście za pełną i w pełni poprawną realizację tych przepisów, które – niewykluczone, że w bliskiej przyszłości – będą ustanowione.

Trwa szacowanie liczby dzieci, które mogą być objęte ustawą „500+”. MOPS, którego pracownicy będą zaangażowani do jej realizacji, korzystając z różnych źródeł (danych oświatowych, Karty Dużej Rodziny oraz własnych danych o liczbie członków rodzin korzystających z form pomocy socjalnej) usiłuje w przybliżeniu ustalić, jak wielka grupa dzieci będzie miała tę szansę. Nie ma bowiem jednego źródła takich danych, zresztą ta grupa dzieci też nie będzie jednorodna, bo część (większa) otrzymywać będzie 500 zł dlatego, że jest drugim lub kolejnym dzieckiem, ale będzie też druga grupa, tzw. pierwszych dzieci, niepełnosprawnych lub będących członkami rodzin niezamożnych, które ze względów na schorzenia lub dochody podlegać będzie ustawie.

- Szacujemy, że w Jeleniej Górze łącznie będzie to nie mniej, niż 6.000 dzieci – powiedział Wojciech Łabun, dyrektor MOPS – więc będziemy musieli prawidłowo wydać nie mniej, niż 36.000.000 rocznie. Ile dokładnie ? -  to się okaże dopiero po przyjęciu wniosków.

Rząd przewiduje, że powinno wystarczyć 2% tej kwoty w pierwszym roku (później nie więcej, niż 1,5%) na prawidłową obsługę. – Powinno – mówi W. Łabun – niemniej część tych pieniędzy musimy mieć wcześniej, choćby po to, by kupić sprzęt elektroniczny, biurka, i przygotować pomieszczenia do przyjęcia wnioskodawców. Będzie ich ok. 2.200 – 2.500 osób – przedstawicieli rodzin. Ale pieniądze to nie wszystko, bo przepisy przewidują, że wnioskodawcy w zasadzie składają wyłącznie oświadczenia, a urzędnicy muszą je zweryfikować. Na dobrą sprawę do wniosku nawet nie trzeba będzie załączać aktu urodzenia dziecka. Problem w tym, że do weryfikacji muszą być przystosowane superszybkie łącza, choćby między MOPS, a USC. Tymczasem te programy ani nie są skonfigurowane, ani nie działają, ani też nie ma kompletu przepisów, które pozwalają sięgać do danych USC w celu weryfikacji. Obowiązują przecież także inne ustawy, m.in. o ochronie danych osobowych.

Nikt nie ma wątpliwości, że do tak ogromnej pracy, przynajmniej w początkowym etapie przyjmowania i weryfikacji wniosków trzeba zatrudnić nowych ludzi, odpowiednio przygotowanych. Ale… MOPS podlega ogólnym zasadom, więc musi ogłaszać na takie zatrudnianie osobne konkursy, a procedury są tak długotrwałe, że niemożna już właściwie zdążyć z tym, żeby sfinalizować rozstrzygnięcie przed końcem marca. A przeszkolenie? Na to zabranie czasu, chyba że jakieś przepisy zmienią obowiązujące zasady.

Przygotowanie pomieszczeń jest osobnym dylematem, bo można się spodziewać, że sporo wnioskodawców będzie chciało załatwić tę sprawę szybko. Pomijając, że może to być trudne ze względu na fakt, że „zapchają się” łącza (w przypadku systemu „Źródło”, pracującego dla USC w I etapie zdarzało się, że interesant czekał na potwierdzenie do 2,5 godziny, a w tym czasie urzędnik nie mógł przyjąć nikogo innego) , to oczekujący muszą gdzieś się gdzieś pomieścić. MOPS już teraz bywa zatłoczony wnioskodawcami innych zasiłków, a oni przecież nie przestaną przychodzić.

Oczywistą jest sprawą, że za prawidłowość naliczania i wypłaty odpowiada pracownik MOPS. Ta kwota będzie formą dotacji, z której prawidłowości wydatkowania samorząd będzie się musiał rozliczyć przed Państwem. Nie ma tymczasem wskazanych narzędzi, które upoważnią MOPS do szczegółowej weryfikacji wydatków, a dotacja wydatkowana niezgodnie z przeznaczeniem będzie podlegała zwrotowi.

Zasada „są dokumenty, to trzeba wypłacić 500 zł i tyle, o ile dziecko nie ukończyło 18 roku życia”.  jest jasna tylko pozornie, bo w praktyce – szczególnie przy zastosowaniu kryterium dochodowego w rodzinie, w której – dodatkowo - są dzieci niepełnosprawne, system naliczania mocno się komplikuje, a takich przypadków jest wiele.

- Jest cały zestaw spraw ogólnych – wyjaśnia Wojciech Łabun – i one muszą być rozstrzygnięte, zanim cała machina ruszy. Mam nadzieję, że będą, o pewność w tej sprawie jednak będzie trudno. Ale pozostają setki pytań szczegółowych, w sprawach pozornie drobnych: - Jak naliczać tę kwotę w stosunku do dzieci konkretnych rodziców, które pozostają jednak w ośrodkach opieki, czy socjoterapii? Jak wypłacać, kiedy matka i ojciec mają przyznane wyrokiem na przykład po dwa tygodnie opieki nad dzieckiem w miesiącu, ale relacje między nimi są trudne i wyrok sądowy – oprotestowany przez jedną ze stron? Co się dzieje z pieniędzmi, gdy matka ma częściowo ograniczone prawa rodzicielskie, a dziecko wychowuje mieszkająca w innej miejscowości babcia? Czy będziemy mogli skutecznie i szybko weryfikować, jeśli wniosek na to samo dziecko złoży (z oświadczeniem) i matka, i ojciec, z tym, że mieszkający w innych miejscowościach? Albo – kuriozalne, ale prawdziwe – czy kwota 500 zł wydatkowana przez rodziców na spłatę raty leasingowej samochodu, jakim dowożą dzieci do przedszkola, czy żłobka jest wydawana zgodnie z ustawową  ideą, że ta kwota ma służyć  dobru dziecka? To pytanie jest zabawne tylko pozornie, bo mamy już pytania rodziców w takich właśnie sprawach. 

 

Kalendarz FB